Porno i gorąco
Dwa tygodnie temu moja matka znalazła w moim pokoju, robiąc cotygodniowe porządki, moją prywatną kolekcję pornosów. Zaczęła się rzucać, krzyczeć, mówiąc, że nigdy w życiu nie widziała bardziej obrzydzającej i obleśnej rzeczy. Nie odzywała się do mnie kilka dni, z dnia na dzień jeszcze bardziej wprowadzając mnie w furię. Przegięła, kiedy poprosiłem ją, żeby zrobiła mi kolację, a ona w tym momencie zwyczajnie wyszła z kuchni, nic nie mówiąc.
Następnego dnia nie wytrzymałem i włamałem się na jej konto na facebooku. Znalazłem jej chłopaka ze szkoły średniej i napisałem, że to był wielki błąd, że od niego odeszła do mojego ojca, przez którego nie ułożyło jej się życie i że w każdej chwili jest gotowa na szybki numerek, bo strasznie się napaliła na jego nowe zdjęcie profilowe i zjednoczenie. Napisałem też do jej koleżanek z pracy, że zna plotki o tym, jak to ciągają szefowi.
Matka była zdruzgotana, kiedy to wszystko odkryła. Musiała dzwonić następnego dnia do wszystkich osobiście i mówić, że jej syn ma spaczone poczucie humoru. Nie mam odwagi z nią porozmawiać. Oddała mi wczoraj wszystkie moje pornole; co noc słyszę jak płacze do poduszki. Ona też ze mną jeszcze nie rozmawiała, ale czuję, że będzie chciała, żebym się wyprowadził. Mam 31 lat, nigdy nie pracowałem, nie zrobiłem prawa jazdy i od zawsze mieszkam z rodzicami. Co mam robić?
Od dziesięciu lat szukam mojej miłości z podstawówki, która uciekła nieoczekiwanie za zachodnią granicę, czyniąc rok 2002 rokiem pre-1989. Uciekła, a wszelki ślad po niej zaginął. Ani rodzina, ówcześni znajomi, szkoła- nikt o nim nie słyszał, nikt nic nie pamiętał.
W ubiegłym roku udało mi się dotrzeć do pewnych źródeł, które miały mi pomóc odnaleźć tego człowieka, którego obraz skrupulatnie budowałam w moje głowie przez całą poprzednią dekadę.”Skontaktuję was ze sobą”. Oczywiście, nie obyło się bez polskiego szczekania. I tak mijał tydzień, dwa, miesiąc, pięć. Tuż przed datą, którą wyznanczyłam sobie jako granicę, zgubiłam wszelkie nadzieje, skazując siebie na dalsze budowanie jego obrazu we własnej głowie. Pierścionki, welony, kwiaty, zażarte kłótnie, wszystko przepadło. “Koniec tego” - powiedziałam- “Muszę na zawsze wymazać go ze swojego życia.” Wszystko byłoby proste, gdybym miała jego e-maila, facebooka, czy numer telefonu. Wystarczyłoby jedno kliknięcie, jedno polecenie- zablokować, wymazać, zbanować. A on istniał jedynie w tej przestrzeni, która żadnego przycisku nie posiadała.
Modlić się do Boga nie będę, bo i co wyproszę? To babcia się modli. Ona modli się żebym zdała maturę, modli się, żebym nie wpadła pod samochód, żeby mnie nie zgwałcili w parku, a ja nie umiem nawet do niej zadzwonić wieczorem. Pojechałam na stadion.
-Oryginał? - zapytałam przypominającego mi mojego tajskiego byłego Wietnamczyka.
- Oryginał. Etniczna wersja z lat siedemdziesiątych, limitowana edycja z Afryki, dlatego wygląda inaczej niż to, do czego jesteśmy przyzwyczejeni. - rzekł polszczyzną nie gorszą niż moja własna.
-Czyja to kolekcja?
-Ariama Fashida- odpowiedział bez wahania.
I tak właśnie kupiłam babci vintageowy swetr Adidasa. Niech sobie kobieta trochę użyje, jak już jesteśmy przy jej temacie.
Od dziecka, naśladując to, co działo się dookoła, chodziłem po domu nago. Czy to rano, parząc herbatę i smarując croissanta nutellą, czy po południu, kiedy wracałem zmęczony z pracy, żeby usiąść na kanapie z gazetą, pilotem, książką w ręku.
Ta moja nagość wywyoływała wielkie zamieszanie wśród osób, które przychodziły przed randką pod moje drzwi, a kiedy ja nie byłem jeszcze gotowy, tylko po to, by ostatecznie, jeszcze przed właściwym spotkaniem, nie mówiąc nawet o wieczorach- “po”- kolacji, meczu, tańcach - zobaczyć mnie bez ubrania. Niektórych oczywiście to nakręcało, innych delikatnie gasiło, inni usilnie przez całą noc patrzyli się na moją twarz, nie odrywając od niej wzroku. Twarz- bo nie wszyscy spoglądali w oczy, zamiast tego celując wzrokiem w czoło.
Zawsze chodziłem po domu nago, ale dopiero w wieku 27 lat zdałem sobie sprawę, że spodnie nigdy nie były ciasne dlatego, że przybrałem na wadze.
Zawsze, gdy wracałem do domu, zdejmowałem najpierw właśnie spodnie, słysząc jednocześnie charakterystyczny dźwięk, jakby uderzenie ręką o podłogę. Wkurwiał mnie pod niebiosa, ale nie udało mi się zidentyfikować jego źródła, więc nie mogłem nic poradzić. Pewnego dnia, rozpinając dżinsy, jednocześnie schyliłem się, by podnieść z podłogi kawałek chleba, który najwidoczniej upadł mi przy śniadaniu. I wtedy zorientowałem się, co codziennie plaskało o podłogę. Otóż był to mój członek.
Mój członek był źródłem tego niezmiernie irytującego odgłosu, który wydawał uderzając o podłogę za każdym razem, gdy rozpinałem spodnie.
Wpadłem w lekką panikę, nie wiedząc co dalej robić, równocześnie zdając sobie sprawę dlaczego tak dobrze układało mi się z dziewczynami, mimo że bardzo rzadko pasowaliśmy do siebie charakterami.
Pobiegłem szybko do sypialni i zacząłem w szafie szukać rozwiązania tego problemu, który nie mógł już dłużej czekać. Wyrzuciłem wszystkie ubrania na podłogę, w myślach tnąc nożyczkami któreś ze spodni, żeby zachować jak najwięcej nagości, nie musząc słyszeć echa swoich relacji, kompleksów i motywów. I nagle tuż pod moje stopy wypadła szara bluzka mojej eks. Spojrzałem na nią, delikatnie przekręcając w bok głowę, demonstracyjnie rzucając za siebie wszystkie ciuchy, które trzymałem w rękach. Pasowała jak ulał. Trzymała wszystko na miejscu. Odkryłem wtedy , że to wcale nie nagość, ale pewna dosłowna swoboda mnie kręciła. Nie zerkałem już nigdy na zewnątrz, aby sprawdzić, czy pani Teresa z naprzeciwka mnie obserwuje, by następnie zacząć swą grę wstępną w czasoprzestrzeni między naszymi oknami. Wolałem teraz od czasu do czasu przejść się koło lustra i rzucić sobie zawdiacko-uwodzicielskie spojrzenie.
To jest San Francisco! - krzyczeliśmy z dachu naszego prowadzonego przez pięciu Chińczyków hostelu za 12 dolarów na przedmieściach, wpatrzeni w migoczące w oddali lampki. Trzeba było przyznać, że chociaż to nie ta strona miasta nas kusiła, było w niej coś magicznego i urzekającego. Było nas 7, stały skład, odwiecznie trzymająca się razem grupa. Szaleństwo, seks, narkotyki, przynajmniej trzech z nas spróbowało co najmniej jednego. Wyjechaliśmy z Iowa i przejechaliśmy do Kaliforni, zbierając po drodze błyszczące grzybki, które wprowadzały nas, a szczególnie kierowcę naszego suv-a w błogi stan euforii. To właśnie ci, którzy próbowali, zaistnieli jako guru grupy, oni dowodzili, planowali. Ja istniałem jedynie jako zbieracz grzybków, Krzysiu, odrywający trzonki od kapeluszy. Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, a perspektywa ładnych chłopców, tańczących dziewczyn i lodów za darmo się zmaterializowała, ten podział nie miał znaczenia, byliśmy jednością walczącą o wspólne dobro.
Drugiej nocy, gruby Robert wpadł na pomysł zerwania zasłon z okien hotelowej restauracji. Właściciele już spali, on wziął nożyczki, pociął je, założył na siebie i wbiegł do nas na górę, do pokoju w tym oto stroju, krzycząc demonicznie wesołym głosem “To dopiero jest kurwa do-it-yourself” . Otoczeni dymem trzech papierosów, natychmiast wszyscy zaczęli w śmiechu i ubawie podziwiać Roberta. Fotki, wideo, syki, gwizdy i wilcze ujadania- Robert momentalnie stał się królem nocy i panem szalonej zabawy. Ta szmatława szuja, która od czwartej klasy nie chciała mi nawet dać gryza batona, spisywała ode mnie wszystkie prace domowe i wyśmiewała mój zeszyt od matematyki z gębą pełną kanapek robionych przez mamusię, w butach wiązanych przez mamusię. Nagle ta świnia stała się gwiazdą, autorytetem ponad tych, którzy na imprezach podobno ciągnęli jednym i którym jednocześnie ciągnęli drudzy.
Moja frustracja rosła z minuty na minutę, z każdym jego ruchem, co raz bardziej zbierało mi się na wymioty i płacz, albo raczej płacz i wymioty.
Podszedłem do niego i uderzyłem śródręczem w czoło.
- Ty nędzo! To ja zgładziłem kiedyś lwa w rękawiczkach z jednym palcem, a ty wywołujesz rewolucję społeczną przywdziewając szaty króla Rumunii z czasów recesji?
Upadłem. Obudziłem się następnego dnia dokładne przykryty kołdrą, na szafce nocnej stały kefir, woda i aspiryna.
“Szanowny Panie Johnie Travolta,
Piszę ten list, ponieważ już od wielu lat planowałem to zrobić- by wyrazić mój podziw w stosunku do Pana. To Pan był moją inspiracją, by zapisać się na kółko aktorskie w ósmej klasie, to Pana ruchy naśladowałem suwając nogami po parkiecie na prywatkach w domach koleżanek i kolegów, Pana uwodzicielskim głosem szeptałem w ucho narzeczonej. Podziwiam Pana jako aktora, ale też zwykłego człowieka, nie wymagającego od życia zbyt wiele, by być szczęśliwym, nie próbującego usilnie świecić na Hollywoodzkich dywanach, ale usuwającego się na drugi plan. Nie chcę by ten list przerodził się w nudny hymn, więc chciałbym jeszcze jedynie wspomnieć Pańską rolę, która najbardziej do mnie przemówiła, w której udowodnił mi Pan po raz kolejny, że jest Pan aktorem i artystą wszechczasów. Otóż, choć niektórzy zarzucają filmowi komercyjny charakter, ja chciałbym wyróżnić Pańską rolę w “Iron Manie 2”, która na zawsze wpisze się do kanonu aktorstwa.
Chciałbym również wyrazić swoje oburzenie w stosunku do produktu, a mianowicie T-shirtu, który od pewnego czasu krąży po internecie. Wprost nie mogłem uwierzyć, kiedy zobaczyłem Pańskie nazwisko, a pod nim podobiznę Arnolda Schwarzeneggera. Czy ludzie w dzisiejszym świecie całkowicie już zgubili wyczucie?
Jeszcze raz chciałbym wyrazić swoje wyrazy szacunku w stosunku do Pana i Pańskiej twórczości.
Pozdrawiam serdecznie,
Mariusz Borek
PS. Załączam Pańskie zdjęcie, które zrobił Panu zza krzaka mój siostrzeniec (ach, te dzieciaki szmatławe) z jego prośbą o autograf.”